Niezręcznie jest mi, gdy wszystko jest spokojne. Amplituda nastroju nie istnieje. Wszystko jest stabilne.
To dlaczego przez spokój czuję niepokój?
Nie chcę wyolbrzymiać - nie czuję też niespokojnego niepokoju.
Ten niepokój to bardziej pustka po burzy, której stale się spodziewam i oczekuję.
Tliło się tam. Czasami w tle, czasami na froncie, ale się działo.
Mieszało. Gasło. Wzburzało. jak morze.
A teraz - wieje.
Po prostu wieje. Lekko. Czasami. Wystarczająco, aby poczuć.
Poczuć pustkę. Poczuć ślad. Poczuć nieobecność.
Najzabawniejsze jest to, że w teorii powinienem czuć właśnie taki niespokojny spokój.
No, może niekoniecznie niespokojny. Każdy powinien mieć w sobie trochę spokoju.
Nie każdy przeżywał burzę. Nie każdy zna nadciągające zagrożenie. Nie każdy spodziewa się ataku.
A do tego dążę. Pod to warunkuję mój układ nerwowy.
Dla mnie sprzed kilku lat, proces całkowicie niezrozumiały i niepotrzebny.
Dla mnie teraz - przeprawa przez tnącą dżunglę.
Wspomnienia tną, myśli kłują, emocje - wracają.
Przeprawiam się przez kolejne chaszcze, przyzwyczajam się do machania kukri.
A tu koniec.
Nie ma machania. Kukri niepotrzebne. Nic nie tnie.
i co teraz?
◄ BACK